W normalnej rzeczywistości popytowi zawsze towarzyszy podaż. Prawo to jest na tyle uniwersalne, że działa również w sferach niemających nic wspólnego z rozumem.
Skłamałbym pisząc, że niebo było błękitne i ogrzewałem się wiosennymi promieniami słońca. Nic podobnego. 22 lutego było w Płocku szaro, pochmurnie, a temperatura nie mogła się zdecydować, w którą stronę od zera odbić. Niemniej, widok Wisły, Wzgórza Tumskiego, Parku Mariawickiego zawsze mnie uspokaja, skłaniając do refleksji. Kiedy „to”się wydarzyło, szedłem od strony bazyliki w kierunku Starego Rynku.
Pojawiła się i stanęła przede mną jakby znikąd. Miała cudowne rude włosy, smukłą sylwetkę, żywe, wesołe oczy. Widać było, że i ją zaskoczył mój widok. Milczała, ale patrzyła na mnie z zainteresowaniem, ufnością i – śmiem twierdzić – sympatią. Kilka razy przekręciła głowę, jakby chciała się odezwać, ale jej usta nie wydały żadnego dźwięku. Niewiem, jak długo staliśmy naprzeciw siebie, ale musiało być to kilka dłuższych chwil, bo czułem, że oboje traktowaliśmy ten bezruch, milczenie i mierzenie się spojrzeniami jako swoistą grę. Atmosferę zepsuł jakiś wrzeszczący bachor, który uciekał goniącej go i również wrzeszczącej matce. Zanim zdążyłem uciszyć gnoja, Ona zniknęła. Smarkacz szczęśliwie się przewrócił, dzięki czemu matka szybko go dogoniła i po wymierzeniu kilku(chyba zbyt lekkich, żeby gnojek się choćby przestraszył) klapsów, pociągnęła za sobą z powrotem, w stronę katedry. Czekałem kilka minut, wypatrywałem Jej powrotu. Daremnie.
Wiedziałem jednak, że od tej pory przyjdzie mi żyć wiarą, że jeszcze się spotkamy.Po kilku kolejnych minutach na Starym Rynku przy klasztorze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia zobaczyłem większy niż zazwyczaj tłumek i powoli zaczęło do mnie docierać, co mogło mi się przydarzyć. Równo 95 lat temu, 22 lutego 1931 r. cudowne – podobne duchem do mojego – spotkanie przeżyła niemal dokładnie w tym samym miejscu niejaka Helena Kowalska, bardziej znana jako św. Faustyna. To znaczy przyjmuje się, że było to wtedy, choć sama zainteresowana widziała to nieco inaczej. W swoich wspomnieniach („Dzienniczku”), odnotowała, że w lipcu 1929 r. będąc w Kiekrzu (obecnie dzielnica Poznania) kontemplowała tamtejszą przyrodę, dokładnie tak samo jak ja tę płocką… Cały felieton redaktora naczelnego Faktów po Mitach Dariusza Cychola na łamach tygodnika.