Podobno nawet szympansy i goryle mają tendencję do metafizycznego myślenia.
Skąd to wiadomo? Zaobserwowano, że na widok wodospadów czy piorunów zachowują się niczym w transie. Jeżeli faktycznie mamy biologiczną skłonność do religijnego myślenia, to rację ma Daniel Dennett pisząc o wirusie infekującym umysł. Coś poszło nie tak w ewolucji i nasze mózgi nie potrafią analizować danych tylko „dorabiają” sobie to, czego nie widać, nie słychać i nie można dotknąć. Taki trans jak u goryli i szympansów. W końcu to nasi krewni…
Sadystyczna miłość
Teorie antropologiczne głoszą (np. Malinowskiego), że religia wzięła się ze strachu przed śmiercią. Mnie coś czule szepcze, że wyszła z naszej głębokiej niechęci do brania odpowiedzialności za to, co robimy. W końcu jak się ma wyobrażonego przyjaciela, to zawsze na niego można zrzucić ciężar swoich decyzji. Do pakietu z nim zawsze dorzuca się opowieść o dobru i prawdzie. Ciekawe, że religijnie obarczonych ludzi nie niepokoi, że w systemie wartości mieści się i nowotwór (bóg nas tak umiłował, że nas doświadcza chorobą, więc rak trzustki jest dobry, bo dzięki temu możemy być sobą i poznać bożą miłość). Tak jak nie są zdziwieni wojnami, gwałtem lub inną formą agresji. Osoby religijne za każdym razem słyszą od swoich pasterzy, że to wszystko jest dla naszego dobra, żebóg, ten co tak kocha ludzi i świat, zsyła na nas z miłości różnego rodzaju zarazy, klęski, nieszczęścia, żeby nas doświadczyć.
Z religijnego punktu widzenia wychodzi, że jak jesteśmy zdrowi, bogaci, szczęśliwie zakochani, ze zdrowymi rodzicami, dziećmi, a w naszym kraju nie ma żadnej wojny, to bardzo źle się dzieje. Dopiero jak mąż nam się pochoruje, dzieci będą się rodzić w złym stanie, by potem wpaść pod samochód, to będzie dobrze. Bo bóg nas kocha i dlatego cierpimy.
W religijnym myśleniu wartości stanowią nie tylko bardzo ważny aspekt ideowy, ale przede wszystkim są zależne od boga i przez boga są tworzone. Dlatego ateiści budzą przerażenie. Bo jak nie wierzysz w boga, to co z dobrem? Jak boga nie ma, nie ma i dobra! I odwieczne opadanie ramion (w moim wypadku grawitacja zawsze daje o sobie znać)... Cały felieton profesor Joanny Hańderek na łamach tygodnika.