Stany Zjednoczone nie są już najważniejszym globalnym supermocarstwem, liderem jednej części świata i postrachem innej. Wręcz odwrotnie: stały się pośmiewiskiem. Donaldowi Trumpowi udało się to osiągnąć w ekspresowym tempie.
Wielkie imperia upadają powoli. Cesarstwu Zachodniorzymskiemu, Cesarstwu Osmańskiemu czy hiszpańskim Habsburgom i Burbonom zajęło to, z grubsza licząc, dwa stulecia. Wielkiej Brytanii, nad którą nigdy nie zachodziło słońce, kolonialnej Francji, ostatniej chińskiej dynastii Qing oraz państwu Czyngis-chana – jakichś 70 lat. Nawet Związek Radziecki zanikał przez lat dwadzieścia, jeśli wliczyć w to breżniewowski okres zastoju. Trumpowi wystarczył rok.
W połowie 2024 r., gdy uświadomiłem sobie, że znów może on wygrać wybory, poczułem przerażenie. Ani przez moment nie miałem złudzeń, że jego druga kadencja będzie wyglądać inaczej niż pierwsza, na dodatek podniesiona do jakiejś znaczącej potęgi.Pierwsze decyzje – jak np. nakładanie ceł na niemal wszystkie państwa świata bez
jakiegokolwiek racjonalnego uzasadnienia czy matematycznego wzoru i szybkie się z nich wycofywanie – wywoływały zdumienie, szok. Kolejne – już rozbawienie. W końcu reakcją na coraz bardziej dziwaczną amerykańską politykę staje się lekceważenie.
Świat zaczął szukać innych sposobów rozwiązywania problemów, nie oglądając się na USA. I okazało się, że jest to możliwe. Trump zaś sam stał się kolejnym problemem, z którym trzeba się uporać.
Nieskuteczni Amerykanie
Stany Zjednoczone pod przywództwem swojego 47. prezydenta, posiadają ten sam arsenał, co wcześniej – militarny, ekonomiczny oraz polityczny – i nawet próbują go wykorzystywać, ale zazwyczaj kończy się to fiaskiem. Dwa ostatnie przykłady to wywołana wojna z Iranem oraz próba ingerencji w wynik wyborów parlamentarnych na Węgrzech... Cały artykuł Jakuba Jabłońskiego o Trumpie, który "zniszczył wielkość Stanów Zjednoczonych" na łamach tygodnika.