Europejska socjaldemokracja zbudowała państwo dobrobytu, ale teraz musi wymyślić się na nowo.
Miałem ostatnio okazję przysłuchiwać się poważnej dyskusji o sytuacji wewnętrznej w czterech krajach tzw. Grupy Wyszehradzkiej. Piszę „tak zwanej”, bo właściwie od dawna Polska, Czechy, Słowacja i Węgry nie tworzą żadnego spójnego – nawet niesformalizowanego – ugrupowania, nie budują wspólnego frontu. Istnienie tej „grupy” jest jednym z mitów środkowoeuropejskiej (a nawet szerzej: europejskiej) polityki.
Owszem, na początku transformacji współpraca państw najbardziej zaawansowanych w drodze ku demokracji i wolnemu rynkowi była przydatnym narzędziem do koordynacji zabiegów o członkostwo w NATO i UE. Nawet wtedy jednak zostawiliśmy Słowację poza NATO (1999 r.), a nasi trzej partnerzy byli gotowi porzucić nas przy akcesji do Unii, gdy rząd Buzka ociągał się z negocjacjami. Współpracę wyszehradzką zupełnie zaś dobiło obejmowanie władzy – na zmianę w kolejnych państwach – przez populistyczne reżimy.
Jako subregion mamy jakiś poważny problem z trwałością demokracji. Nie wiadomo, czy obejmowanie rządów przez ludzi pokroju Orbána, Ficy, Babiša, Nawrockiego, Kaczyńskiego (Mentzena? Bosaka? Brauna?) jest przerywnikiem w funkcjonowaniu mechanizmów demokratycznych czy odwrotnie.
W regionie już nie istnieje
Wspomniana debata została zorganizowana przez międzynarodowy think tank, do udziału w niej zaproszono ekspertów i polityków ze wszystkich czterech krajów. A ponieważ gospodarz ma lewicowe afiliacje, pozycja partii socjaldemokratycznych była wysoko na agendzie. Obecnie wszędzie jest ona wyjątkowo marna. Na Węgrzech TISZA Pétera Magyara do tego stopnia zassała elektorat zniesmaczony korupcją, słabymi rządami i antyeuropejską polityką Orbána, że wszystkie wcześniej działające opozycyjne partie po prostu zrezygnowały z udziału w wyborach. Dotyczyło to również Partii Socjalistycznej.
Wyjątkiem była Koalicja Demokratyczna założona przez byłego lewicowego premiera Ferenca Gyurcsány’ego, która wystartowała po to, by… przekonać się, że jej poparcie stopniało do ledwie jednego procenta… Cały artykuł Jakuba Jabłońskiego o "żywym trupie europejskiej socjaldemokracji" na łamach tygodnika.