Prawo i Sprawiedliwość trzeszczy pod naporem jeszcze radykalniejszej prawicy, a Jarosław Kaczyński przestał być dawnym „Prezesem”. Schyłek tej partii jest nieuchronny.
Ugrupowanie prawicowych populistów z autorytarnymi inklinacjami, jakie zbudowali bracia Kaczyńscy (Lech miał lekko tonujący wpływ na Jarosława), było targane zakulisowymi wojnami frakcji od dawna. To skutek zgromadzenia różnych odłamów, włącznie z tym, który „Prezes” z hukiem wyrzucił w 2011 r. – czyli środowiskiem Zbigniewa Ziobry – i z powrotem trzy lata później zaprosił do wspólnej koalicji wyborczej. Politycy dawnej Solidarnej, a później Suwerennej Polski nigdy na dobre nie scalili się z Prawem i Sprawiedliwością, zazwyczaj prowadząc z nim jakieś własne gry. Jak w każdej dużej partii w PiS tworzyły się też samoistnie różne koterie, wzajemnie się zwalczające.
Wszystko odbywało się jednak w cieniu, „pod dywanem” – jak przyjęło się mówić. Żadna z grup nie miała siły, aby zdominować pozostałe. Nie miała też takich ambicji, bo dla wszystkich było jasne, że na straży spójności ugrupowania stoi jego wszechwładny przywódca. Otaczał go nimb siły i nieomylności. Wystąpienie przeciw niemu, przeciw partii wiązało się z wysokim ryzykiem banicji i zniknięcia z powierzchni polityki. Chyba że we włosienicy udało się do Canossy, a „Prezes” akurat miał dobry humor.
O tym wszystkim piszę w czasie przeszłym, bo ten stan rzeczy jest już nieaktualny.Rękawicę Kaczyńskiemu rzucił nie kto inny, tylko jego wychowanek, ulubieniec Mateusz Morawiecki. To dziwne, bo przecież były premier – wydawało się – nie ma zadatków na lidera, pozbawiony jest instynktu politycznego, był drętwy podczas wystąpień publicznych i spotkań z ludźmi. Nie grzeszył też odwagą. Rządził siedem lat, poruszając się tylko w ramach wyznaczonych mu w gabinecie przy ulicy Nowogrodzkiej.
A jednak finalnie okazało się, że zdołał zbudować wokół siebie dość zwartą grupę relatywnie młodych ludzi, złożoną w części z niezłych technokratów, skutecznych, choć przy tym pozbawionych przymiotów dawniej uważanych za niezbędne w działalności publicznej: uczciwości, prawdomówności, empatii, troski o dobro publiczne. Dodajmy, że to towarzystwo kradło w stopniu ani nie mniejszym, ani nie większym niż pozostali: miało swoją Rządową Agencję Rezerw Strategicznych tak samo, jak ziobryści – Fundusz Sprawiedliwości i Lasy Państwowe, a ludzie Adama Bielana – Narodowe Centrum Badań i Rozwoju... Cały artykuł Jakuba Jabłońskiego o "chwili na którą wszyscy czekamy" na łamach tygodnika.