Za rok wybory. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że władzę przejmie brunatna prawica. I nie ma się czemu dziwić: w polityce nie ma niczego bardziej frustrującego niż głęboki sen utuczonych kotów.
„Wybory wygrywa się w Końskich, a nie w Wilanowie” – powiedział Grzegorz Schetyna po przegranej PO w wyborach w 2015 r. Słowa prominentnego polityka Platformy interpretowano w ten sposób, że aby odnieść sukces wyborczy, należy prowadzić intensywną kampanię nie w dużych miastach, ale na prowincji.
Analiza i aktywność
Jednak Schetyna nie miał racji. Za zwycięstwem wyborczym Andrzeja Dudy i PiS stały działania marketingowe w internecie. Przypomnijmy: jeszcze w lutym 2015 r. (a więc trzy miesiące przed wyborami) sondaże dawały Dudzie ledwie 15 proc. poparcia, a urzędującemu prezydentowi aż 63 proc. W zaledwie 90 dni trendy zostały wywrócone do góry nogami, a Duda wygrał zarówno w pierwszej, jak i drugiej turze.
Maria Nowina Konopka, naukowczyni z Uniwersytetu Jagiellońskiego, przeprowadziła analizę dotyczącą wykorzystania mediów społecznościowych w kampanii prezydenckiej kandydata PiS. I choć zdaniem badaczki trudno jednoznacznie rozstrzygnąć czy Duda wygrał dzięki mediom społecznościowym, to właśnie w sieci jego profile miały największy przyrost obserwujących. Internetowa kampania Dudy była nie tylko imponująca, ale dokładnie przemyślana. Na tle sztywnego dziadersa Komorowskiego, kandydata PiS pokazano jako swojaka mówiącego językiem prostym i zrozumiałym, a do tego w nieformalnych sytuacjach, pijącego kawę z podwiniętymi rękawami koszuli i bez krawata lub jeżdżącego na nartach.
„W kampanii Andrzeja Dudy wyraźnie dowartościowano media społecznościowe starając się maksymalnie wykorzystać ich potencjał komunikacyjny. Wydaje się, że materiały będące w obiegu mediów społecznościowych tworzone były przez osoby rozumiejące sposób ich funkcjonowania oraz mające świadomość inności przyjętego sposobu prowadzenia kampanii” – tłumaczyła Maria Nowina Konopka w rozmowie z „Rzeczpospolitą”... Cały artykuł Andrzeja Sikorskiego z wezwaniem "Tusku, do roboty" na łamach tygodnika.