18 lutego 2026 r. w tarnowskim sądzie ruszył długo oczekiwany proces. Na ławie oskarżonych zasiadł ordynariusz tarnowski biskup Andrzej Jeż.
Ten fakt jest bezprecedensowym wydarzeniem, ponieważ nigdy jakikolwiek sąd w naszym kraju nie przedstawił prokuratorskich zarzutów żadnemu polskiemu biskupowi. Sprawa jest tym bardziej bulwersująca, że dotyczy kościelnej pedofilii – seksualnego wykorzystywania dzieci poniżej piętnastego roku życia.
Tarnowskiemu hierarsze nie zarzuca się udziału w takich praktykach. Odpowiada on przed sądem za to, że natychmiast nie zawiadomił polskich organów ścigania o przestępstwie, do czego był zobowiązany, gdy jako biskup tarnowski dowiedział się o seksualnym wykorzystywaniu dzieci przez dwóch jego podwładnych, księży diecezji tarnowskiej.
Za i przeciw
Już na etapie postawienia zarzutów prokuratorskich tarnowskiemu ordynariuszowi, a więc blisko trzy lata temu, sprawa budziła niezwykłe emocje społeczne. Z jednej strony, część najwierniejszych katolików, a jednocześnie diecezjan oskarżonego biskupa, nieznająca kulis śledztwa, a czerpiąca informacje na ten temat bezpośrednio od swoich parafialnych duszpasterzy, podwładnych bp. Jeża, głośno protestowała i traktowała całe dochodzenie jako atak na Kościół hierarchiczny i jego pasterzy. Z drugiej – ci, którzy także nie znali wszystkich kulis śledztwa, ale stali na stanowisku bezwzględnego karania kościelnych dewiantów, domagali się szybkiego przeprowadzenia tego procesu. Żądali także przykładnego ukarania wszystkich winnych, w tym samego ordynariusza tarnowskiego, i podania do publicznej wiadomości szczegółów postępowania.
Już na wstępnym etapie tego bezprecedensowego procesu, w wyniku działań obrońców tarnowskiego biskupa, przez blisko trzy lata sprawa krążyła pomiędzy różnymi sądami.Zaangażowani w nią prawnicy obrzucali się bowiem wzajemnymi oskarżeniami i wykorzystywali wszelkie kruczki prawne, aby do procesu nie dopuścić lub maksymalnie go opóźnić, albo przynajmniej zdyskredytować śledczych i kolejne sądy w oczach społeczeństwa... Cały artykuł Andrzeja Gerlacha o biskupie, który bezczelnie krył pedofilię, ale sprawiedliwość go doścignęła na łamach tygodnika.