Już trzeciego dnia drugiego roku drugiej kadencji Trump udowodnił, żenie wolno nie doceniać jego nieobliczalności.
Reakcje mediów USA na akcję tak szokującą w trzeciej dekadzie XXI wieku, jak napad powietrzny na stolicę suwerennego państwa i kidnaping jego lidera, były stereotypowe. Te konserwatywne usiłowały usprawiedliwiać i racjonalizować działanie bossa supermocarstwa, czasem w groteskowy sposób: kongresmen republikański Tom Emmer w TV Fox złożył hołd: „Niech Bóg błogosławi prezydenta pokoju, Donalda Trumpa”. Używane przez prawicę argumenty były piętnowane i wyszydzane przez komentatorów mainstreamowych. To samo działo się, gdy proszono o opinie republikańskich i demokratycznych członków Kongresu.
Parlament USA nie został zawiadomiony o planowanym w głębokiej tajemnicy ataku, nie wspominając, że władza wykonawcza nie prosiła go – wymaga tego konstytucja – o zgodę na rozpoczęcie ataku militarnego. Do 5 stycznia przedstawicieli narodu nie poinformowano, co Trump zamierza robić dalej.
W wystąpieniu 4 stycznia Trump (brzmiał jak pijany, to zapewne skutek silnych psychotropów) niewiele mówił o formalnym pretekście napadu: zatrzymaniu i zamiarze osądzenia Maduro, oskarżonego w USA o organizację dostaw narkotyków. Dużo czasu poświęcił natomiast wenezuelskiej ropie naftowej.
Amerykanie dowiedzieli się, że jej największe na świecie złoża nie należą do Wenezueli, lecz są własnością USA. Do 1976 r. były bowiem rabunkowo eksploatowane przez największe koncerny amerykańskie: Exxon Mobil, Conoco-Phillips i Chevron. Upaństwowienie złóż przez władze Wenezueli, to w interpretacji Trumpa „kradzież ich Ameryce”. To wyjaśniałoby, dlaczego o ataku nie poinformowano Kongresu, lecz zawiadomiono o nim zawczasu koncerny naftowe.
Inwestorzy z Wall Street mają się sposobić do biznesowej wycieczki do Wenezueli... Cały artykuł Janusza Zawodnego o prezydencie USA, który w zwykłej firmie po tygodniu straciłby robotę za swoje dziwne pomysły na łamach tygodnika.