Ostoja ludowładztwa pokazuje prawdziwą twarz?
Demokracja lokalna nie umiera z powodu zamachów stanu. Zdycha wtedy, gdy słucha tylko tych, z którymi się zgadza. Gdy rola radnych ogranicza się do funkcji notariusza, anie partnera urzędników. I gdy transparentność znika w proceduralnym mataczeniu.
Warszawa
Na początku był szum. Warszawa miała wreszcie pokazać, że nie boi się trudnych decyzji.
Że potrafi zmierzyć się z problemem, który każdej nocy wraca w meldunkach straży miejskiej, na nagraniach z osiedlowych monitoringów i w zrezygnowanych e-mailach mieszkańców. Prezydent Trzaskowski zapowiedział wprowadzenie nocnej prohibicji –zakazu sprzedaży alkoholu między 23 a 6. Miało być odważnie. Skończyło się na nieudolnej improwizacji, politycznych szpagatach i pełnej dezorientacji.
Bo choć projekt był firmowany przez samego prezydenta, to jego polityczne zaplecze nie tylko nie udzieliło mu wsparcia, ale wręcz stanęło w opozycji. Komisje zdominowane przez KO opiniowały projekt negatywnie. Klub Koalicji Obywatelskiej – ten sam, który ma w Radzie Warszawy większość absolutną – niemal demonstracyjnie odmówił poparcia. Nie pomogło nawet to, że projekt został rozwodniony do granic rozpoznania. Zamiast systemowego rozwiązania – pilotaż w dwóch dzielnicach. Zamiast decyzji – test. Zamiast odpowiedzialności – eksperyment. Prezydent zaproponował, by zakaz obowiązywał od 22 do 6 w Śródmieściu i na Pradze Północ, od listopada. A potem wycofał własny projekt, obserwując jak radni jego własnego środowiska przyjmują coś, co z pierwotną koncepcją miało wspólną jedynie nazwę.
Gdy wiceprezydent Jacek Wiśnicki – odpowiedzialny w ratuszu za politykę społeczną, komunikację z mieszkańcami i współpracę z organizacjami pozarządowymi – podał się do dymisji, początkowo uznano to za osobistą decyzję. Ale im więcej mówił, tym jaśniejsze stawało się, że to nie był impuls. Wiśnicki nie chciał być twarzą polityki społecznej, która udaje, że coś robi. I – co najbardziej znamienne – przyznał, że radni z jego własnej koalicji nie życzyli sobie jego obecności na sesji. Bo, jak mu powiedziano – „będzie ich denerwował”.
W tej historii nie chodziło już o zakaz sprzedaży alkoholu... Cały artykuł Stefana Płonickiego o "demokracji lokalnej" na łamach tygodnika.