Kiedy będziesz w Wietnamie i zapytasz przypadkowo poznanego Wietnamczyka, z kim lub czym kojarzy mu się Polska, najpierw zobaczysz szeroki uśmiech. Potem usłyszysz kilka najbardziej popularnych tam polskich nazwisk. Chopin, Skłodowska-Curie, Lewandowski. Czasem papież Jan Paweł II.
Wietnamska popularność Chopina to oczywistość. Chopin jest kochany w całej Azji.Nieraz w tamtejszych barach docierała do mnie przedzierająca się przez gwar uliczny, płynąca z głośników jego muzyka. W Wietnamie nasz kompozytor kojarzony jest też z wietnamskimi pianistami, którzy brali udział w warszawskim konkursie pianistycznym.
Zwłaszcza z Dang Thai Sonem, który w 1980 r. przyjechał na Konkurs Chopinowski. I choć wcześniej w konkursach nie występował, nie grał z wielkimi orkiestrami, to wygrał i zdobył jeszcze trzy nagrody specjalne.
Warszawski konkurs otworzył mu drogę do międzynarodowej kariery pianistycznej.
Koncertował potem w najbardziej prestiżowych salach. Często w towarzystwie najlepszych światowych muzyków. W Polsce też grał, był również jurorem w konkursach pianistycznych. Nawet w warszawskim chopinowskim.
Maria Skłodowska-Curie jest w Wietnamie wzorem uczonej. Francuzka, ale z Polski rodem. Kobieta, która dowiodła wszystkim wietnamskim kobietom, że sfera nauki nie jest tylko dla facetów. To ważne w społeczeństwie opartym na paternalistycznych, konfucjańskich wzorach kulturowych. Zwłaszcza że tam uczony, czyli też nauczyciel, zawsze cieszył się prestiżem i szacunkiem społecznym. Nawet jeśli był biedny.
Robert Lewandowski, polski mistrz piłki kopanej, ukochany jest przez najmłodszą generację Wietnamczyków. Piłka nożna to w ostatnich latach jeden z najsilniej kochanych tam sportów. Męska reprezentacja Wietnamu dwukrotnie awansowała do ćwierćfinału Pucharu Azji w roku 2007 i 2019. Trzykrotnie zdobyła mistrzostwo Azji Południowo-Wschodniej. W latach 2008, 2018 i ostatnio w 2024. Wtedy wietnamskie ulice oszalały z radości. Spontaniczny karnawał, jaki zapanował na ulicach Ho Chi Minh City, był bardziej gorący niż ten w Rio de Janeiro. Ale Sajgon! – wzdychali obserwujący go wtedy Polacy... Cały felieton redaktora Piotra Gadzinowskiego na łamach tygodnika.