Na moim podwórku dzieciństwa w świętym mieście Częstochowie mieszkało kilku inwalidów. Żyli sobie jakoś.
Byli zbanalizowaną częścią powojennego krajobrazu. Oczywistą jak kran na dworze, kocie łby na ulicy, budowana obok szkoła „tysiąclatka”. Mieszkał tam też mężczyzna, hydraulik z zawodu, świetny fachowiec zresztą. Fizycznie pełnosprawny. Ale raz na jakiś czas świrował. Krzyczał w nocy, pukał sąsiadom do okien, kopał w zamkniętą bramę. Rano przepraszał, choć nikt się na niego nie obrażał. „To z wojny” – wzdychała moja Mama. A ja udawałem, że wszystko rozumiem.
W tamtych czasach nikt nie znał popularnego dziś PTSD. Zespołu stresu pourazowego.Zaburzenia psychicznego będącego reakcją na skrajnie stresujące wydarzenia. Zwane dziś popularnie traumą.
W tamtych czasach, latach 60. XX wieku, znano inwalidztwo jako normalne pokłosie wojny. Trauma była zjawiskiem nieoswojonym, rzadziej rozpoznawanym niż wyśmiewana w kabaretach arystokratyczna migrena. I bardziej wstydliwym niż brak pozostawionych na froncie nóg, rąk, oczu.
Dziś wiemy, że PTSD ma przebieg zmienny, ale w większości przypadków można oczekiwać ustąpienia objawów. Po fachowym leczeniu. U niektórych osób jednak objawy PTSD mogą utrzymywać się przez wiele lat i przejść w trwałą zmianę osobowości. Wtedy mogą one przeżywać na nowo urazowe sytuacje w natrętnych wspomnieniach i koszmarach sennych. Odczuwać niezdolność do przeżywania przyjemności. A także bezsenność, lęk, depresje, a nawet myśli samobójcze.
Trauma wojenna
Zapewne byliście na filmie „Odyseja” w reżyserii i na podstawie scenariusza Christophera Nolana. Jego adaptacji greckiego eposu Homera i kilku mniej znanych. Historię Odyseusza, króla Itaki, jego wieloletniej podróży do domu po wojnie trojańskiej. Jeśli filmu jeszcze nie widzieliście, to zobaczcie go koniecznie. Koniecznie też w kinie, na wielkim ekranie.
Siadając do projekcji, zapomnijcie o opiniach mędrców internetowych... Cały felieton redaktora Piotra Gadzinowskiego na łamach tygodnika.